Zespół kojarzony głównie z wpadającymi w ucho, lekkimi piosenkami, jak np. "Losing My Religion", "Man On The Moon", "Everybody Hurts", czy - o zgrozo - kiczowate, ale miłe dla ucha, "Shiny Happy People". W rzeczywistości jednak, bez dwóch zdań, zespół rockowy z krwi i kości. Ba, jeden z najważniejszych i wielce zasłużonych w historii tego gatunku muzycznego. W muzyce R.E.M. zakochałem się w okolicach siódmej klasy podstawówki i aż do czasów studiów emocjonalnie byłem bardzo związany z tym zespołem. Na ich muzyce się wychowałem i dzięki nim poznałem, co to znaczy być fanem zespołu muzycznego. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem nie identyfikowałem się tak bardzo z żadnym innym zespołem. I choć z czasem fascynacja zdecydowanie osłabła, R.E.M. na zawsze pozostaną szczególną dla mnie grupą. Bez względu na to, że ostatnio nie wychodzą im płyty, że to już nie ten sam zespół co kiedyś i że trochę poodcinali kuponów. To wszystko nieważne - wcześniej nagrali 11 niesamowitych albumów i pozwolili mi przeżyć wiele wspaniałych chwil i tylko to się naprawdę liczy.
Na początek polecam:
Piosenki "Kayleigh" chyba nikomu orientującemu się we współczesnej muzyce nie trzeba przedstawiać. I od tego kawałka też rozpoczęła się moja przygoda z Marillion. Były to czasy, kiedy kształtowały się moje gusta muzyczne i kiedy poznawałem wiele zespołów. Kupowałem wtedy co najmniej jedną kasetę miesięcznie (to były czasy, kiedy płyty były dość luksusowym towarem, a o Internecie, nie mówiąc już o raczkującym wtedy mp3, mało kto u nas myślał). Po usłyszeniu "Kayleigh" w radiu postanowiłem bliżej zapoznać się z twórczością Marillion. Niestety, albumu "Misplaced Childhood", z którego pochodzi ta kompozycja, na kasetach nie można już było wtedy u nas kupić. Postanowiłem więc nabyć najbliższy tej płycie rocznikowo album, którym było - nagrane już z nowym wokalistą - "Seasons End". Wystarczyło jedno przesłuchanie, żeby dać się porwać tej niesamowitej, jakże emocjonalnej i przepięknej, muzyce. Po prostu się zakochałem. Było to coś zupełnie innego od tego, co do tej pory słuchałem. R.E.M., o których wspominam wyżej i których twórczość poznałem wcześniej, reprezentowali nurt prostych, rockowych, tudzież pop-rockowych piosenek. Muzyka Marillion zaś, to głównie rozbudowane, bogate w brzmienie, pełne emocji, zmian tempa i nastroju kompozycje. A w tym wszystkim cudowne solówki Steve'a Rothery'ego, podczas słuchania których nie raz przechodziły po mnie ciarki. Coś niesamowitego.
Na początek polecam:
"Beds are Burning" znałem "od zawsze". Refren tej piosenki bardzo mi się podobał i wiedziałem, kto jest wykonawcą, ale przez długi czas brakowało mi jakiegoś impulsu do bliższego zapoznania się z muzyką Midnight Oil. Dopiero mniej więcej w połowie 2002 roku, kiedy dowiedziałem się, że wydali nową płytę, z ciekawości postanowiłem ją przesłuchać. Było to w okresie, w którym myślałem, że już nic tak interesującego mnie w starym rocku nie odnajdę. Tymczasem trafiłem na zespół pod wieloma względami genialny, zespół oryginalny, wreszcie zespół, któremu udało się to, czego wiele grup mogłoby sobie jedynie życzyć - przez przeszło 25 lat istnienia z jednej strony serwował fanom wciąż nowe muzyczne pomysły, z drugiej zaś zachował solidne rockowe brzmienie i do końca dostarczał swoim miłośnikom kawał dobrej muzyki. Niestety, a może i stety właśnie, w roku, w którym zacząłem ich słuchać, z zespołu odszedł wokalista i grupa została rozwiązana. Stety tylko dlatego, że w swoim dorobku nie mieli ani jednej słabej płyty i rozstali się z fanami jednym z najlepszych swoich albumów, być może u szczytu twórczych możliwości. I tak patrząc na R.E.M. przez pryzmat twórczości Midnight Oil, czasem żałuję, że i oni nie zakończyli działalności wraz z odejściem perkusisty...
Tak na marginesie, Midnight Oil jest jednym z - wielu w moim przypadku - przykładów na to, że nie mają racji ci, którzy twierdzą, że nielegalne rozpowszechnianie muzyki w internecie wyrządza przemysłowi muzycznemu same szkody. Tak naprawdę, gdyby nie właśnie Internet, to najprawdopodobniej do dziś nie odkryłbym tego zespołu i w rezultacie nie kupiłbym trzynastu płyt. Dodam tylko, że wszystkie te płyty wcześniej ściągnąłem z Inernetu.
Na początek polecam:
Dla jednych proste, tandetne piosenki dla gawiedzi i wokalista bez głosu. Dla drugich niebanalne, ironiczne i żartobliwe teksty, być może prosta, ale ciekawa muzyka i charakterystyczny wokalista - faktycznie bez szczególnych dyspozycji głosowych, ale tutaj nie pasowałby nikt inny, niż Kuba Sienkiewicz. Elektryczne Gitary to w moim przypadku kolejny powrót do dawnych lat. Z ich twórczością jestem bowiem związany od mniej więcej 1994 roku, kiedy w swoim dorobku mieli dopiero dwie płyty. I tak naprawdę te dwie i jeszcze wydana w 1995 roku płyta "Huśtawki" to moje ulubione Elektryczne Gitary. Później, jak dla mnie, zespół nagrywał fajne piosenki, ale już nie całe dobre płyty. Gdzieś umknął duch pierwszych albumów. Może po prostu dlatego, że były one naprawdę niezwykłe i niepowtarzalne. Tak czy inaczej, Elektryczne Gitary to mój ulubiony polski zespół, a ich pierwsze trzy albumy to jedne z najważniejszych płyt w mojej kolekcji.
Na początek polecam:
Pierwszą, większą styczność z Simple Minds miałem jeszcze w czasach liceum, kiedy pod wpływem najbardziej znanej (nie do końca) ich piosenki - "Don't You (Forget About Me)" - kupiłem składankę typu "the best of". I na kilka lat na tym się skończyło - ot, kolejna, ciekawa płyta w kolekcji. Dopiero w 2002 roku postanowiłem szerzej poznać twórczość tej szkockiej formacji, a na poważnie "wzięło" mnie chyba rok później. I tak w krótkim czasie udało mi się poznać całą dyskografię grupy. W odróżnieniu od pozostałych, przedstawionych na tej stronie, zespołów Simple Minds polubiłem trochę wybiórczo, a konkretniej ich dokonania z lat 1982-1995. Płyt z pierwszych lat istnienia próbowałem słuchać parokrotnie, jednak do tej pory nie udało mi się do nich przekonać. Natomiast od połowy lat 90. do 2005 roku zespół przechodził chyba twórczy kryzys - poza kilkoma utworami, wydawnictwa z tych lat zupełnie mi nie podchodzą. Całe szczęście w 2005 roku grupie udało się w końcu wydać ciekawą - może nie powalającą, ale dobrą - płytę. Trudno mi jednoznacznie opisać muzykę Simple Minds - z jednej strony charakterystyczne dla lat 80., syntezatorowo-gitarowe granie, a z drugiej dość rozbudowane kompozycje, z ciekawymi partiami gitarowymi, łącznie z solówkami, ambitny pop przeplatany z rockiem. W starszych kompozycjach słychać wyraźnie muzycznego ducha lat 80. Na pewno wszystko to jest ciekawe i warte przesłuchania, najlepiej wieczorem, przy zgaszonym świetle, ponieważ wtedy ta muzyka bardzo wiele zyskuje.
Na początek polecam:
Koniec właściwej części strony. Wróć do menu.
Copyright © 1998-2008 Jordan Matuszek